Portal Niedziela - 21 kwietnia 2019 Jarosława, Konrada, Selmy      "Życie tylko dla samego siebie jest korozją osobowości". Wiktor Hugo
Szukaj     Szukaj wg branż
Powiększ +

Życzenia Wielkanocne
2019-02-12 "Złagodzono posty i zmieniono odpowiednio rozkład dnia, żeby zamiast dwóch godzin snu (!) było sześć lub siedem..." Benedyktynki w Polsce a dzieło reformy potrydenckiej

W Polsce głównym ruchem reformy benedyktyńskiej była tzw. Kongregacja chełmińska. Nie była to właściwie kongregacja w znaczeniu prawnym, gdyż wspólnej władzy i centralizacji nie udało się zaprowadzić mimo starań; niemniej była to silna grupa przeszło dwudziestu klasztorów, nowo obsadzonych lub (w większości) nowo ufundowanych, żyjących według tej samej, odnowionej w duchu potrydenckim, interpretacji reguły św. Benedykta. Zaczęło się w 1578 roku od wstąpienia grupy gorliwych kandydatek do klasztoru w Chełmnie, gdzie już nie było ani jednej benedyktynki. Na czele tej grupy stała Magdalena Mortęska, wybrana ksienią już w r. 1579; rządziła do 1631 i przez przeszło pół wieku zdołała nie tylko wzorowo zorganizować własny klasztor, ale także obsadzić dwa inne opustoszałe oraz sześć nowych fundacji. Niektóre z nich fundowały z kolei dalej. Było to możliwe dzięki ówczesnemu napływowi kandydatek, który zaczął się w ostatniej ćwierci XVI wieku i osiągnął szczyt w latach dwudziestych i trzydziestych wieku XVII. Do Chełmna w tym czasie wstępowało średnio cztery kandydatki rocznie, i to licząc te tylko, które pozostały; tych, które odeszły, często w ogóle nie zapisywano. Było kim obsadzać nowe fundacje i było skąd wybierać potrzebne na różnych urzędach talenty.


U podstaw tego dzieła reformy leżały wypadki historyczne, a przede wszystkim fakt opustoszenia klasztorów w XVI wieku: nowe pokolenie musiało wskrzesić życie zakonne z niczego, i podstawowym jego dążeniem było zrobić wszystko, żeby do takiego upadku nigdy na przyszłość nie dopuścić. Stąd entuzjastyczne dodawanie i mnożenie przepisów i obowiązków, bardzo zresztą zgodne z duchem epoki. Chełmińska reforma życia benedyktyńskiego jest kolejnym przykładem tego sposobu reformy, który sięga wstecz aż do źródeł, pomijając bieżącą tradycję; nie mogło być inaczej, skoro owym gorliwym kandydatkom z roku 1578 nie miał już kto bieżących tradycji benedyktyńskich przekazać. I jak to już zdarzało się wiele razy, interpretacja prastarej reguły w duchu pojęć i potrzeb nowej epoki dała jako rezultat coś w dużej mierze nowego. Oczywiście nie nowość była w planie! Chełmińskie reformatorki chciały jak najdokładniej zachować pierwotną regułę, ale właśnie dlatego, w duchu epoki, musiały przede wszystkim dodać do niej mnóstwo objaśnień i to przedłużyło jej tekst kilkakrotnie. A nadto musiały dokonać zgodnie w najnowszym prawem kościelnym pewnych cięć i zmian. Samo tylko dążenie do ujednolicenia liturgii w Kościele, bardzo wówczas silne, spowodowało przyjęcie brewiarza rzymskiego w miejsce monastycznego, a więc wycięcie z reguły kilkunastu rozdziałów. Wycięto także niektóre przepisy, które albo dotyczyły tylko klasztorów męskich (o przyjmowaniu kapłanów do zgromadzenia), albo nie sprawdziły się w praktyce (o osobnej jadalni opata). Nostalgiczne dążenie do interpretacji dosłownej przejawia się westchnieniem ulgi (we wstępie do Reguły Reformowanej), że do niektórych rozdziałów nie potrzeba było żadnych deklaracji dodawać, gdyż się za łaską Bożą tak pełnią, jak zostały napisane… Niemniej w wielu miejscach to nie zmiana, ale właśnie dążenie do dosłowności spowodowało poszerzenie tekstu o mnóstwo praktycznych wskazówek, jak tę dokładność osiągnąć. W wielu także powstały przepisy idące znacznie dalej niż jakieś krótkie zdanie reguły. Na przykład, kiedy św. Benedykt pisze, że gdyby w klasztorze wybrano niegodnego opata, okoliczni opaci powinni ten wybór anulować – deklaracje chełmińskie wyprowadzają z tego obowiązek uczestniczenia ksień kongregacji w każdej lokalnej elekcji; przynajmniej przez listy, jeśli jest za daleko, żeby przyjechać. A tam, gdzie św. Benedykt pisze, że nowicjusze mają mieć osobną celę, w której by mogli rozmyślać, jadać i sypiać – deklaracje chełmińskie wnioskują, że cały rok nowicjatu powinien być jednymi wielkimi rekolekcjami, skoro reguła nie przewiduje dla nowicjuszy niczego poza rozmyślaniem…


Nie założono tego wszystkiego od początku. Reguła reformowana jest wynikiem ćwierćwiecza doświadczeń, a był to niewątpliwie okres zdobywania wiedzy o życiu zakonnym metodą prób i błędów. Niektóre błędy były duże, jak na przykład w pierwszych latach przekonanie, że każdy może, byleby chciał, naśladować dawnych pustelników w ich postach i czuwaniach. Pozbawiona odżywienia i wypoczynku wspólnota chełmińska stała się ofiarą epidemii tyfusu i położyła się cała, pokotem, z wyjątkiem dwóch tylko sióstr. Te musiały zająć się obsługą chorych i oczywiście na czas choroby ustała liturgia, której nie miał kto odprawiać. Lekcja poskutkowała, złagodzono posty i zmieniono odpowiednio rozkład dnia, żeby zamiast dwóch godzin snu (!) było sześć lub siedem. Inne znowu doświadczenia dotyczyły chóru. Kiedy się czyta np. ustalenia, jakimi cechami powinna odznaczać się główna kantorka i znajdujemy wśród nich cierpliwość i opanowanie, to nam, które z codziennej praktyki znamy chór zakonny i w nim najróżniejsze stopnie słuchu i najróżniejsze głosy, nie potrzeba tu już komentarza; otóż właśnie tych wskazówek nie mógł wymyślić nikt, kto tego doświadczenia nie dzielił.


Przy takim podejściu do reguły jest oczywiste, że wypracowana w Chełmnie duchowość była połączeniem treści reguły, która jest podsumowaniem kilku wieków pierwotnego monastycyzmu, oraz rozstrzygnięć Soboru Trydenckiego i nauk sztandarowego zakonu owej epoki, tego, który najlepiej ją wyrażał w jej dążeniach i pojęciach, to jest jezuitów. Oba te wpływy działały w stanie czystym. Regułę znano tylko w jej tekście pierwotnym, bez całego bagażu późniejszych interpretacji i zwyczajów, a nadto wzbogacano ją o lekturę nauk ojców pustyni; najnowszych zaś pisarzy jezuickich brano prosto spod prasy. Ciekawe też, że kiedy klasztor chełmiński zaczął własnym kosztem drukować książki potrzebne zakonnicom do lektury, to są to właśnie, prawie bez wyjątku, albo pierwsi pustelnicy (Kasjan!), albo jezuici. Wpływ jezuitów był wpływem instytucji młodej, wypracowującej właśnie swoją duchowość, doskonale też rozumiejącej tak bolączki epoki, jak i najskuteczniejsze lekarstwa. Tych ostatnich szukano w jak najdalej posuniętej karności, w bohaterskiej walce z samym sobą, w samowychowaniu i duchowym samokształceniu. Ta heroiczna atmosfera, typowa dla ówczesnej duchowości hiszpańskiej, a wzbogacona o ignacjański intelektualizm, szczególnie łatwo przyjmowała się u pokolenia, które musiało odbudować życie zakonne na gruzach, a rozumiało, że przyczyną jego niedawnej ruiny były przede wszystkim: brak gorliwości i brak formacji umysłowej.


Na formację więc położono wielki nacisk. Jedną ze zdobyczy epoki, entuzjastycznie wprowadzoną w Chełmnie w roku 1603, było odosobnienie nowicjatu od zgromadzenia, jakby w osobnym domu rekolekcyjnym. Nowicjuszki poświęcały cały dzień nauce. Większość z nich musiała zacząć od nauki czytania i pisania, oczywiście uczono także prawd wiary, śpiewu, ceremonii – ale najważniejsza była nauka medytacji i zdobycie intelektualnej podbudowy swojego życiowego wyboru. Trzeba było umieć ten wybór rozumowo uzasadnić, pojąć go i sformułować dokładnie jego konsekwencje. W ten sposób w miejsce uczuciowej pobożności wytwarzano sobie pewien zespół przekonań, który miał potem posłużyć za broń w czasie pokusy i w czasie nieuchronnego zaniku pobożnych uczuć, i który też trzeba było umieć zrozumiale formułować i przekazywać. Nowicjuszki pod kierunkiem mistrzyni prowadziły rozmowy na te tematy, uczyły się rozwijać i notować swoje przemyślenia. Ta intelektualna formacja benedyktynek chełmińskich, które zachęcano nawet do pracy twórczej, była w Polsce zjawiskiem zupełnie nowym i przez jakiś czas zupełnie odosobnionym.


Nauka medytacji była wtedy rzeczą nową. Poprzednio uprawiano po prostu czytanie tekstów, a rodząca się nad tą lekturą modlitwa była wynikiem indywidualnych uwarunkowań i często nastroju chwili. Uznano to za szkodliwe i aby temu zaradzić, wypracowano w XVI wieku pewne ogólne wskazówki, metody rozmyślania. Uczono się więc rozbijać temat na punkty, rozważać różne aspekty, wyciągać wnioski. Nie kończyło się zresztą na pracy intelektu: należało w razie potrzeby wciągnąć do modlitwy także wyobraźnię (na przykład rozważając sceny biblijne), a w końcu wysnuć praktyczne, życiowe konsekwencje, czyli zatrudnić wolę. Była to zarazem modlitwa i samokształcenie; i benedyktynki chełmińskie były tym tak zachwycone, że uznały metodyczną medytację za codzienny obowiązek, od którego dla nikogo nie było zwolnień.


A jednak, przyjmując tak wiele z ducha swojej epoki, benedyktynki chełmińskie zachowały tożsamość swojego zakonu. Wymieńmy tu dwa elementy tej tożsamości. Pierwszym jest pobożność liturgiczna. Dochowano wierności starodawnemu przeświadczeniu, że liturgia jest czymś więcej niż modlitwą, że jest dziełem Bożym, obiektywnym uczestnictwem w życiu Trójcy Świętej, a w takim razie – centrum życia duchowego mniszki.


Medytacja była po to, żeby to zrozumieć; a zrozumiawszy, należało wykonać. Dowodów na tę liturgiczną pobożność benedyktynek Kongregacji chełmińskiej jest mnóstwo, od cyklów rozmyślań i konferencji opartych na tekstach liturgicznych (gdy w innych zakonach raczej komentowało się katechizm, żywoty świętych lub cnoty zakonne) aż po mnóstwo starannie sporządzonych rękopisów i znaną dbałość o możliwie piękne wykonanie śpiewów chórowych i wszelkich ceremonii.


Drugi element tej tożsamości to duchowość konsekracji. Pamiętamy, że konsekracja dziewic jest starsza niż profesja, i że w wielu zakonach zanikła, gdy profesja stała się obowiązkiem powszechnym. Benedyktynki nie tylko ją zachowały (jak norbertanki, brygidki i cysterki), ale najwyraźniej opierały na niej swoje pojęcie życia zakonnego, czego znowu dowodzą niezliczone egzemplarze starannie przepisanych tekstów tego obrzędu (każda siostra chciała je mieć pod ręką dla rozważania przez resztę życia) oraz piękne do nich komentarze, pisane przez tych kapelanów lub spowiedników, którzy przejęli się do głębi potrzebami duchowymi swoich podopiecznych.


Oczywiście trzeba pamiętać, że epoka między reformą trydencką a rozbiorami i kasatami nie jest trwaniem jednego i niezmiennego ujęcia praktyk i duchowości. Warunki zewnętrzne, tj. głównie wojny i ich następstwa, dzielą tę epokę na kilka okresów; i trudno oczekiwać, żeby podczas kilkuletniego rozproszenia wojennego albo w czasie zarazy, która nieuchronnie następowała po wojnie i głodzie, powstawały masowo rękopisy modlitewne albo starannie ćwiczono śpiewy. Nadto w miarę jak w świecie zanika renesansowa pobożność trydencka, oparta głównie na zrozumieniu, a szerzy się barokowa pobożność, oparta na uczuciu, a w najlepszym razie woli – także i do klasztorów benedyktyńskich przenika ta zmiana klimatu, modyfikując nieco kanon lektury mniszek i ich sposób modlitwy. Niemniej to, co prawnie ustanowiono, trwało; a w okresie kasat stało się jakby nienaruszalną świętością, której zachowanie do końca wbrew wszystkim wrogom było postrzegane jako najświętszy obowiązek.


Drugim nurtem życia benedyktyńskiego, o którym tutaj trzeba koniecznie wspomnieć, były benedyktynki Najśw. Sakramentu. I one powstały w nurcie odnowy trydenckiej, na skutek dopracowania przez ten sobór teologii Mszy św. jako Ofiary. Istotą duchowości tej kongregacji (a właściwie, po pierwszych wahaniach co do centralizacji, również tylko luźnego związku klasztorów żyjących według tych samych konstytucji) było pragnienie zjednoczenia się z Chrystusem właśnie w Jego Ofierze; a praktyką służącą temu zjednoczeniu było stałe adorowanie Go w Najśw. Sakramencie. Rozpoczęcie tej praktyki w Paryżu w roku 1653 przez grupę benedyktynek lotaryńskich, wygnanek, w ich tymczasowym schronieniu jest datą założenia nowego instytutu. Podobnie jak w kształtowaniu się duchowości Kongregacji chełmińskiej, dużą rolę w kształtowaniu się duchowości benedyktynek sakramentek odegrały wypadki historyczne; ale nie opustoszenie klasztorów, już w połowie XVII wieku przezwyciężone, tylko doświadczenia wojny trzydziestoletniej, z jej niewyobrażalnym zniszczeniem i zdziczeniem obyczajów. Przypomnijmy: była to wojna domowa w cesarstwie niemieckim, wojna na podłożu religijnym, do której wtrąciły się protestancka Szwecja i katolicka Francja, obie zresztą po stronie książąt protestanckich, a przeciw cesarzowi. Założycielka nowej kongregacji, Katarzyna de Bar, a w zakonie: m. Mechtylda od Najśw. Sakramentu, benedyktynka lotaryńska, zanim znalazła się we Francji na wygnaniu, doświadczyła okropności wojennych, dotykających zarówno ludzi jak i czci Bożej, i widziała przede wszystkim potrzebę ekspiacji; stąd adoracja w jej ujęciu jest adoracją wynagradzającą. Potrzebę tej ekspiacji, a dokładnie biorąc: włączenia się w Ofiarę Chrystusa, wyprowadza m. Mechtylda po prostu z zobowiązań przyjętych na chrzcie św.


Klasztory żyjące według jej konstytucji mają w swojej organizacji pewne szczegóły pochodzące również z doświadczeń historycznych. Przede wszystkim więc nie mają dożywotniej ksieni, a tylko przeoryszę obieraną na kilkuletnią kadencję, chociaż z nieograniczoną możliwością reelekcji. Tytuł swojej ksieni przyznają Matce Bożej, co w literaturze wyprowadza się najchętniej po prostu z kultu maryjnego i praktyki niektórych średniowiecznych klasztorów francuskich. Niemniej nie można zapominać, że było to dziedzictwo lotaryńskie: zreformowane klasztory benedyktynek w Lotaryngii, pozostające pod obediencją tamtejszej kongregacji św. Wanna i Hidulfa, także nie miały ksień, podobnie jak męskie obywały się bez opatów; i tam była to po prostu metoda walki z komendą. We Francji, podobnie jak w Lotaryngii, komenda obejmowała także klasztory żeńskie, a nie dopuszczenie do niej było dla nowego instytutu tak ważne, że w roku 1696 zrzekł się on centralizacji i posiadania własnej przełożonej generalnej, raczej niż by miał ryzykować, że król uzna urząd tej przełożonej za równoznaczny z opactwem i zacznie go nadawać na własną rękę. Nadto, jakkolwiek m. Mechtylda była przez długi czas gościem ksień francuskich, w tym zwłaszcza wspomnianej tu już Madame de Montmartre, obserwacja ich życia jakoś nie wzbudziła w niej ochoty do naśladowania. Nawet te wielkie reformatorki, zasłużone i świątobliwe, były we Francji, z nielicznymi wyjątkami, dotknięte swoistą chorobą wielkopańskości, oddzielone od zgromadzenia wzniosłością swojego urzędu. W Lotaryngii przełożona była bliższa i bardziej ludzka; i tak miało w nowej kongregacji pozostać.


O kongregacji czy instytucie mówić można od 1665, kiedy klasztorów zachowujących nową obserwancję było już trzy. Ich liczba wzrosła następnie jeszcze za życia m. Mech tyldy do dziesięciu, a to bądź przez nowe fundacje, bądź przez to, że już istniejące klasztory benedyktynek przyłączały się do instytutu. Jedną z nowych fundacji był klasztor w Warszawie, obsadzony w roku 1687 jako wotum królowej Marysieńki za zwycięstwo wiedeńskie. Nieco później powstał także klasztor we Lwowie, gdzie zakonnice warszawskie schroniły się w 1708 roku podczas zarazy i gdzie znalazł się fundator, gotowy sfinansować nowy klasztor.


Poza jakimikolwiek kongregacjami czy instytutami trwał w Polsce jeden klasztor benedyktynek, mianowicie staniątecki. Reformę przeprowadzono tam na przełomie XVI i XVII wieku, a nad jej potrydenckim duchem czuwali biskupi krakowscy: Jerzy Radziwiłł i Bernard Maciejowski, których wizytacje ukazują dość szczegółowo tematy i przebieg tej reformy. Niemniej Staniątki uważały same siebie za klasztor starej, pierwotnej reguły; a w przekonaniu ogólnym nazywano je zakonem „nie reformowanym”, w odróżnieniu od „reformowanego”, czyli klasztorów kongregacji chełmińskiej. Widać to najlepiej na skrótach po nazwisku na podpisach zakonnic: ZSB (zakon św. Benedykta) i ZRSB (zakon reformowany św. Benedykta). Nie wpływało to na napływ powołań, który był w Staniątkach zawsze duży, jak zresztą wszędzie w Małopolsce; ale powodowało, że nawet z terenu Małopolski wiele kandydatek wolało szukać klasztoru dalszego, a reformowanego raczej, niż jechać do bliskich Staniątek. Zdarzył się nawet jeden czy dwa przypadki przejścia zakonnicy już profeski z nie reformowanego (choć faktycznie zreformowanego) klasztoru staniąteckiego do któregoś z reformowanych klasztorów kongregacji chełmińskiej. Trzeba pamiętać, jaką siłę pociągającą miały wówczas słowa reforma, reformowany.


Żeńskie życie monastyczne w potrydenckiej Polsce obejmowało oczywiście także klasztory cysterek. Było tych klasztorów na terenie Rzeczypospolitej trzy: dwa stare, w Ołoboku i w Owińskach, i jedna nowa fundacja, dość późna (1743) w Kimbarówce. Ołobok i Owińska nie zaznały, o ile wiadomo, jakiegoś własnego zrywu reformatorskiego; nie ominął ich napływ powołań, ale jedyne poświadczone w źródłach działania reformatorskie są to odgórne zarządzenia wizytatorów zakonu. Ta reforma była więc po pierwsze nieco opóźniona, gdyż cystersi mogli przystąpić do reformowania cysterek dopiero gdy jako tako zreformowali się sami. Po drugie zaś była okrojona tematycznie, jak to już powiedzieliśmy poprzednio. W sumie była to reforma zdecydowanie niepełna, jakaś jednak była.


Tak więc polski świat monastyczny żeński, który u progu reformy liczył w granicach Rzeczypospolitej (a więc bez Śląska) trzy klasztory cysterek i trzy benedyktynek, po reformie miał ich już 28: Staniątki, 22 klasztory reformy chełmińskiej, dwa klasztory benedyktynek sakramentek i trzy klasztory cysterek. Na Śląsku były cztery klasztory, wszystkie średniowiecznej fundacji: cysterki w Trzebnicy oraz benedyktynki w Legnicy, Lubomierzu i Strzegomiu. Śląsk należał wtedy do cesarstwa i dzielił jego losy; spustoszenia wojny trzydziestoletniej zahamowały tam na długi czas nie tylko wprowadzenie reformy, ale i rozwój wspólnot zakonnych, i stąd brak jakichkolwiek nowych fundacji: nawet i stare z trudem znajdowały podstawy bytu. Poza tym mieszany skład tamtejszej ludności powodował we wspólnotach zakonnych tarcia etniczne, które miały najostrzejszy przebieg w Trzebnicy. Był to więc swoisty scenariusz i swoisty zestaw problemów.


Fragment książki Białe i bure. Historia życia monastycznego w dużym skrócieO autorce: Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wiekuCzarna owcaSześć prawd wiary oraz ich skutkiOślica Balaama, Twarze Ojców Pustynitłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka.


Źródło: ps-po.pl, 12 lutego 2019





mj



 © Wszelkie prawa zastrzeżone - Interaktywna Polska Sp. z o.o. (18) 4490077; 509 740 777 ; e-mail: biuro@iap.pl

www.csz.gminagrybow.pl www.gosir.gminagrybow.pl wieliczka.eu - zaprasza Burmistrz Artur Kozioł